prev
    next
    scroll

    Podczas lwowskiej edycji Art Meetings Festival 2015 będziemy świadkami wielu niezwykłych koncertów

    Udostępnij na: lub

    Jednym z nich będzie niesamowity duet, w ramach którego wystąpią: pochodzący z Republiki Czeskiej Petr Vrba oraz wywodzący się z Republiki Słowackiej Miro Tóth. Muzycy zaprezentują swoje podejście do muzyki improwizowanej, opierające się na punkowych niemal założeniach.

    Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Petrem Vrbą.

    Igor Waniurski: We wrześniu wraz z Miro Tóthem wystąpisz podczas Art Meetings we Lwowie. Czy masz jakieś specjalne oczekiwania względem tego wydarzenia?

    Petr Vrba: Tak, mam! Z prostego powodu. Ostatni raz grałem w duecie z Miro prawdopodobnie ponad trzy lata temu, jestem więc ciekaw, dokąd doprowadziły nas nasze indywidualne drogi w ciągu tych lat. Byliśmy przecież bardzo aktywni na różnych polach, włączając w to opere, projekty taneczne, teatr, pisanie muzyki czy zespoły post rockowe.

    Co spowodowało, że zdecydowałeś wziąć udział w wydarzeniu?

    Masz na myśli festiwal czy duet? Jeśli chodzi o festiwal, zostałem zaproszony w zeszłym roku, jednak nie mogłem przyjechać – byłem zbyt zajęty. Kiedy zostałem więc zapytany raz jeszcze, czy wezmę tym razem udział w tegorocznej edycji, z przyjemnością wyraziłem zgodę. Jestem bardzo zainteresowany spotkaniami i współpracą z polskimi muzykami.

    Czy możesz przybliżyć założenia projektu z Miro Tóthem?

    Jeśli pytasz czego może się spodziewać publiczność, powiedział bym, że czegoś surowego, energetycznego, jednocześnie delikatnego w detalach i gwałtownego w zmianach. Swieżego w ekspresji. Prawdopodobnie też, czegoś bardzo odległego od na naszej współpracy z przeszłości.

    Co słyszałeś o poprzednich edycjach Art Meetings?

    Szczerze mówiąc, słyszałem tylko o ostatniej edycji, która zapowiadała się bardzo dobrze. Rozmawiałem z Magdą Mayas (artystka występowała podczas Art Meetings w 2014 roku – przyp. red.), która powiedziała, że było bardzo fajnie, ludzie byli mili. Gdy zobaczyłem zapis wideo z zeszłego roku, dotarło do mnie, że udział w festiwalu otwiera inspirujące potencjały.

    W kwietniu dałeś koncerty we Wrocławiu i Poznaniu z Xavierem Charlsem. Jak wspominasz te występy?

    Naprawdę wspaniale! Oboje byliśmy zachwyceni publicznością, świeżą, entuzjastyczną i młodą! Oba koncerty były realizowane przez przyjaznych organizatorów, co zawsze jest czymś miłym. Wracając, jechaliśmy na występ w Ostrawie, mieliśmy trochę czasu wolnego. Pojechaliśmy więc do Oświęcimia i zwiedzaliśmy obóz Auschwitz – Birkenau, co wpłynęło na nasz wieczorny koncert w Ostrawie. Organizatór również to czuł, bo było to bardzo mocne przeżycie, totalnego smutku, jak to nazwaliśmy. Brakowało nam słów…

    Sceny eksperymentalne w Czechach i w Polsce. Ciekawi mnie, jakie dostrzegasz chechy wspólne i różnice?

    Jedna z podstawowych różnic, na którą łatwo można wskazać, polega na różnej historii jazzu w Czechach i Polsce. W moim kraju trudno znaleźć działające na stałe zespoły free jazzowe czy grające muzykę improwizowną, z kilkoma oczywistymi wyjątkami. Te wyjątko to duet Durman i Posejpal, Free Jazz Trio Olomouc i kilka innych. Nasza scena eskperymentalna scena jazzowa umarła w latach 80. Za to w Polsce można było znaleźć silny ruch, który poznaliśmy jako “yass”. Mogę zacytować Tymona (Tymańskiego, jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny yassowej a obecnie i rockowej – przyp. red.), który mówił “(…) był ten mit – Komedy, Stańki, Seiferta, czuliśmy, że można oderwać jakiś fragment, jakiś <>, i stworzyć własną republikę. Chciałem oprzeć jazz na polskiej muzyce, na jej korzeniach, można na polskim rocku, punku. To było coś, na czym oparła się potem cała scena yassowa, przez co można ją było odróżnić od mainstreamowego jazzu”. W moim przekonaniu udało się to bardzo dobrze, na przykładzie zespołów takich jak Łoskot czy Robotobibok, współpraca pomiędzy sceną elektroniczą i jazzową, co trwa do dziś. Ale w Czechach? Ale w porządku, żeby nie było wyłącznie negatywnie, wskazał bym trio Bergijot, założone przez bardzo utalentowanego czeskiego piansitę jazzowego, Vojtecha Procházka z dwoma Norwegami. Dzięki niemu, czeska scena współczesnego jazzu staje się coraz bardziej otwarta i może za kilka lat będzie na niej więcej interesujących zespołów, otwartych na współczesny dźwięk i muzykę.

    Kolejną różnicą, którą dostrzegam jest brak wytwórnii (w Czechach – przyp.red.) skupionych w całości na muzyce eksperymentalnej, imrpwizowanej, noise, dziwnej elektronice i muzyce współczesnej. W Polsce macie Monotype Records i Bolt Records, obie szanowane i renomowany na świecie. W Czechach mamy tylko jedną, nazywającą się Poli 5, ale w ich katalogu, mimo wsparcia dla lokalnej sceny eksperymentalnej, jest też dużo muzyki mainstreamowej, przynajmniej w moich oczach. Mamy też trochę małych wytwórni, działających na zasadach DIY, takich jak Klangundkrach albo nowa Meteorismo, które wypuszczają prawdziwie podziemne materiały. Ta scena jest całkiem żywa. Zauważam też boom na analagowe syntezatory w Czechach. Nie wiem jednak, jak takie sceny wyglądają w Polsce, więc tutaj moje porównaniu się skończy.

    W trakcie swojej kariery występowałeś z wieloma artystami z różnych krajów. Z kim jeszcze chciałbyś współpracować?

    Chciałbym kontynuować współpracę z Xavierem Charlesem oraz z Thomasem Lehnem i Tizianą Beroncini, w naszym świeżo sformowanym trio Noiz. Stworzyliśmy też w tym roku szalone, hałaśliwe trio z Federselem i Didi Kern pod nazwą Posionous Frequencies; planujemy trasę po Meksyku i Azji, na którą czekam z niecierpliwością. Od lat planujemy zagrać ze znakomitym trębaczem z Libanu, Mazenem Kerbaj, który przez najbliższy rok będzie mieszkał w Berlinie, więc mam nadzieję, że ten plan szybko może stać się rzeczywistością.

    Jeśli miałbym wymienić muzyków, z którym nigdy nie grałem ale chciałbym, to jest ich oczywiście bardzo wielu. Na przykład Le Quan Ninh, Michel Doneda, Tony Buck, Jim Denley…

    Na scenie wykorzystujesz czasem nietypowe instrumentarium – przedmioty codziennego użytku, nie mające muzycznego charakteru, skąd tak oryginalny pomysł?

    To bardzo stary i naturalny pomysł, aby sprawdzać jak brzmią rzeczy znajdujące się dookoła ciebie. Jak dziecko odkrywające otoczenie. Niektórzy perkusiście grają na ulicach całego światа, łacząć instrumenty perkusyjne z kubłami i innymi przedmiotami.

    Jak zachęciłbyś mieszkańców Lwowa do przyjścia na wasz koncert?

    Wykorzystując cytat z Milesa Davisa “Każdy może grać. Nuta to tylko 20 procent. Postawa skurczybyka, który ją gra, to 80 procent”. Doświadczanie muzyki na żywo, nawet w momencie jej tworzenia, jest czymś, co otwiera uszy i jest warte tego, aby robić to bez końca.

    Duet Petr Vrba i Miro Tóth wystąpi 11 września we Lwowie.